Nr 51/07 
 
:: REDAKCJA :: KONTAKT ::                           sobota, 04 wrzesnia, Dalii, Idy
   
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  




Myśl o jutrze, działaj dzisiaj!

Czekamy na zgłoszenia od Państwa, dotyczące wykładów, których cykl zaplanowaliśmy specjalnie dla naszych Czytelników. Każdy z wykładów zostanie wygłoszony w 5 miejscowościach.

 Dalej »




Zapraszamy na nową stronę internetową Echa Katolickiego

www.echokatolickie.pl

Wydania od 1 stycznia 2008 r.

 

nowe wyszukiwanie


W poczet bohaterów (32/2005)
     Agnieszka Warecka

W hierarchii brytyjskich odznaczeń wojskowych Conspicuous Gallantry Medal (CGM) zajmuje lokatę tuż po najwyższym Victoria Cross. Przez wiele lat przyznawano go wyłącznie w marynarce wojennej albo piechocie morskiej. Dopiero podczas II wojny światowej poszerzono tę grupę o lotników i przedstawicieli wojsk lądowych. Mówi się, że liczba odznaczonych CGM za lata 1939-1945 nie sięgnęła stu. Tymczasem jako jedyny Polak został nim uhonorowany sierż. Józef Piałucha ze Szpaków niedaleko Łosic.

Za czyn odwagi
18 lipca 1944 r. w losach dywizjonu 300 zdarzył się niezwykły wypadek, który prasa brytyjska opisała jako cud. W czasie bombardowania celu pod Emieville (Francja) wybuch pocisku artyleryjskiego uszkodził jeden z Lancasterów. Tylny strzelec właśnie obracał swoją wieżyczkę, szukając oczyma nieprzyjaciela, kiedy podmuch wyrzucił ją poza normalne położenie i otworzył drzwi za plecami strzelca. Potężne ssanie powietrza wyciągnęło go z samolotu, ale zawisł na lewej stopie, wciśniętej między ramię drzwi i kadłub. Drugi strzelec oraz mechanik pokładowy bezskutecznie próbowali wciągnąć kolegę do środka. Spodnie strzelca zaczęły pękać, a stopa wysuwała się z buta. Wydawało się, że za chwilę runie na ziemię. Wtedy mechanik pokładowy Józef Piałucha, ryzykując życie, wyszedł na zewnątrz kadłuba, zarzucił linkę wokół strzelca i umocował ją do kabiny. Personel dywizjonu, widząc podchodzący do lądowania samolot z wiszącym członkiem załogi, był przekonany, że nie przeżyje on lądowania. Okazało się jednak, że pomimo krwawienia z ust i uszu, strzelec nie odniósł cięższych obrażeń. Za wybitną odwagę i inicjatywę dowódca Bomber Command nadał Piałusze Conspicuous Gallantry Medal – najwyższe tej rangi odznaczenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów dla podoficerów personelu latającego.

- Na naszym sztandarze jest napis: „Miłość żąda ofiary”. To był instynkt – tłumaczy kuzyn odznaczonego lotnika, służący w dywizjonie 300 jako technik obsługi nadziemnej Apoloniusz Skwara. - Ja nadal nie mogę zrozumieć, jak ta wieżyczka się przechyliła, że on mógł się jeszcze przecisnąć. Lądowali z pełnym ładunkiem bomb. Dowódca, kiedy ich zobaczył, miał powiedzieć, że to nie jest wypadek, ale cud. I podał Józka do odznaczenia. Nawet nie wiem, czy on o tym wiedział.

Droga do lotów
Wkrótce po opisanym incydencie J. Piałucha zginął. Medal w jego imieniu odebrał A. Skwara. Wojna połączyła losy obu kuzynów. Matka pana Apoloniusza była rodzoną siostrą Jana, ojca Józefa. Odtworzenie przedwojennego życia tego ostatniego, nastręcza jednak wiele trudności...

- Tego, że był lotnikiem, dowiedziałam się pod koniec podstawówki - wspomina Aneta Piałucha, wnuczka Antoniego, jednego z nieżyjących braci odznaczonego. W tym domu, w Szpakach, 15 stycznia 1916 r. Józef przyszedł na świat. – W jakiejś książeczce wyczytałam i poprosiłam dziadka, żeby mi o nim opowiedział.

Wiedziałam też, że zginął. Ale o odznaczeniu dowiedziałam się dopiero z „Echa”.
- Kolegów, którzy cokolwiek mogliby pamiętać, już nie ma – dołącza Danuta, synowa Franciszka, drugiego spośród braci lotnika. – Stryj Antek wiedział, że Józef nie żyje. Pisaliśmy nawet do Czerwonego Krzyża. Odpowiedzieli, że zginął, niosąc pomoc drugiemu, oraz że jego grób znajduje się w Jugosławii – dodaje.
Piałucha ukończył szkołę techniczną w Brześciu nad Bugiem w czerwcu 1935 r., a już w listopadzie zgłosił się jako ochotnik do 5 pułku lotniczego w Lidzie. Skwara do pułku dołączył w 1937 r. Wtedy się spotkali. – W 1938 r. Józek pojechał na kurs mechaników samochodowych do Torunia. Był odpowiedzialny w pułku za transport komunikacyjny – wspomina pan Apoloniusz. – Skończyła się jego normalna 2-letnia służba. W 1939 r. mijał ostatni rok jego służby nadterminowej.

Wybuchła wojna. Różnymi drogami ewakuowali się do Anglii. Skwarze, który na krótko przed jej rozpoczęciem wyjechał na specjalistyczny kurs mechaniki precyzyjnej do Warszawy, udało się przekroczyć granicę z Rumunią, rozmijając się tym samym z wkraczającą do kraju Armią Czerwoną. Przedostał się do Francji, a stamtąd już na początku 1940 r. do Wielkiej Brytanii. Tam się spotkali. – Zobaczył mnie, ja jego. „Skąd się wziąłeś?” - pyta. - „Miałem wiadomości, że zginąłeś przed granicą rumuńską”. Przecież nie zginąłem – wspomina pan Apoloniusz. – W Anglii też byliśmy rozdzieleni, ale utrzymywaliśmy kontakt. Nasze jednostki stacjonowały od siebie w odległości około 40 km.

A. Skwara w 300 dywizjonie bombowym pełnił funkcję specjalisty obsługi nadziemnej. A jak doszło do tego, że mechanik samochodowy nagle zaczął latać?
Były olbrzymie straty w dywizjonach bombowych. Nagle okazało się, że brakuje personelu latającego. Wystosowano wówczas odezwę, namawiającą personel naziemny do przekwalifikowania się. Najliczniejszą grupę spośród tych, którzy odpowiedzieli na apel, stanowili podoficerowie z 5 pułku lotniczego. J. Piałucha był jednym z ochotników. – W 1944 r. zadzwonił do mnie, mówiąc, że jedzie na kurs mechaników pokładowych. Dywizjon dostał wtedy ciężkie maszyny bombowe czterosilnikowe – przypomina sobie Apoloniusz Skwara. – Potem latał u nas w załodze. W lipcu ja wyjechałem na urlop, a jak wróciłem, już go nie spotkałem. Został przeniesiony do Włoch. Tam wszedł w skład eskadry do zadań specjalnych nr 1586, latającej ze zrzutami dla ruchu oporu. Zginął podczas jednej z takich wypraw 2 września 1944 r. Z załogi zestrzelonego nad Węgrami samolotu ocalał tylko nawigator. Spotkałem się z nim, kiedy tylko wrócił z niewoli - kontynuuje. - Pytałem, jak to się stało, że z całej załogi on jeden się uratował. Mówił: „Tolek, ja nie wiem”. Po kilku tygodniach spytałem ponownie. Ta sama odpowiedź.

Po wojnie zwłoki 6 lotników sprowadzono do Belgradu.

Po wojnie...
87-letni dziś już Apoloniusz Skwara nie zdecydował się na powrót do kraju po 1945 r. W ramach przysposobienia do służby cywilnej przesłużył 2 lata w lotnictwie angielskim. - W międzyczasie starałem się o wyjazd do Stanów, Kanady albo południowej Afryki – wspomina. – Do Stanów trzeba było mieć sponsora, a w Kanadzie czekać. Australia odpadała, bo tam brali tylko kawalerów. Została Argentyna. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych.

Kilka lat temu sprowadził do kraju prochy żony. Od tego czasu regularnie odwiedza Siedlce. - Podczas jednego z takich pobytów skontaktował się ze mną Sławomir Kordaczuk z Muzeum – tłumaczy były lotnik. – Miał zdjęcia 5 pułku. Ja też takie miałem, rodzice przesłali mi je zaraz po wojnie. Opowiedziałem o kuzynie i odznaczeniu. Nosiłem się z zamiarem przekazania go Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Po namowach pana Kordaczuka zdecydowałem się przekazać go Siedlcom.

Spotkanie po latach
W ten oto sposób historia zatoczyła koło, a medal wolą darczyńcy (a może przeznaczenia?) trafił do Muzeum Regionalnego w Siedlcach. Czyli tam, gdzie jego miejsce - odznaczony jest przecież rodowitym Podlasiakiem.

Podczas spotkania w Muzeum Regionalnym 4 sierpnia rodzina ze Szpaków po raz pierwszy spotkała się z kuzynem ze Stanów. - Ta rozmowa rozwiała wiele niewiadomych. Żal miesza się z radością, że teraz, po tylu latach... To niezwykłe wrażenie, choć w naszej pamięci, także modlitewnej, Józef żył przez cały czas – potwierdza Danuta Piałucha. – Jestem dumna, że mój dziadek okazał się tak dzielnym człowiekiem – dołącza Aneta. A przypomniana sprawa? – Cieszę się, że zrobiło się głośno. To chluba dla nas wszystkich. Mój stryj jako jedyny Polak dostał to odznaczenie.



Pamięci lotników

4 sierpnia w Muzeum Regionalnym w Siedlcach odbyło się spotkanie z historykiem-pasjonatem Zbigniewem Charytoniukiem i Apoloniuszem Skwarą, byłym lotnikiem Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii. Pan Charytoniuk ciekawie przedstawił tło historyczne 5 pułku lotniczego w Lidzie oraz 300 dywizjonu „Ziemi Mazowieckiej”. Z kolei pan Apoloniusz opowiedział o swoich losach od momentu wstąpienia do pułku w Lidzie w 1936 r. Przybliżył też tułaczkę polskich oficerów i podoficerów przez Rumunię i Francję do Anglii oraz działalność dywizjonu 300. Wspominał również kuzyna, polskiego bohatera, Józefa Piałuchę.

5 pułk lotniczy w Lidzie powstał w 1925 r. na bazie 11 pułku myśliwskiego. Stanowił najmniejszą jednostkę II RP. Jego stan liczebny był kilkakrotnie mniejszy niż innych jednostek. Kadra zawodowa liczyła 848 oficerów i podoficerów. Na początku działalności lotnicy latali na francuskich potezach - „15” i „25”. Do połowy lat trzydziestych trzonem jednostki były potezy „25”, produkowane w Białej Podlaskiej na licencji francuskiej. W 1936 r. do lotów weszły polskie karasie. 5 pułk rozwiązano 24 sierpnia 1939 r., zaś jego eskadry przydzielono do różnych jednostek na terenie kraju.

Po ataku ZSRR na Polskę, duża liczba lotników z 5 pułku udała się w stronę Rumunii. 17 września kpt. Korniatowski powiedział: „Jesteście zwolnieni z przysięgi. Są dwa kierunki: albo na północ, albo na południe”. Po internowaniu odesłano ich do Francji, jako „turystów Sikorskiego”. Tam lotników dzielono na grupy i odsyłano kolejno do Anglii. Pierwsza grupa przybyła już w grudniu 1939 r. Wkrótce powstał 300 dywizjon, który wszedł do walki 14 października 1940 r. Wyhaftowany w Wilnie sztandar otrzymał 4 lipca 1941 r., i ten dzień był świętem jednostki.

Dywizjon brał udział m.in. w ofensywie przez kanał La Manche, ofensywie „Millennium”, w bitwach o Hamburg i Berlin oraz w bitwie normandzkiej. Między 19 lipca 1940 r. a 8 maja 1945 r., piloci 300 dywizjonu wykonali 3891 różnych zadań i wylatali ponad 20 tys. godzin. Jednostka dysponowała samolotami typu Wellington i Lancaster. Ostatnie zadanie bombowe miało miejsce 25 kwietnia 1945 r. w Berchtesgaden. 300 dywizjon rozwiązano 2 stycznia 1947 r. na lotnisku Faldingworth, w Lincolnshire na terenie Wielkiej Brytanii.

Na spotkaniu w Muzeum nie zabrakło młodych ludzi, pasjonujących się polskim lotnictwem na Zachodzie. Dzięki nim można mieć nadzieję, że nasi bohaterowie nie zostaną zapomnieni.

Tomasz Sysik

fot. z 1937 r.




 
Podlaskie Echo Katolickie, 2004