Nr 51/07 
 
:: REDAKCJA :: KONTAKT ::                           czwartek, 30 października, Augustyny, Łukasza
   
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  




Myśl o jutrze, działaj dzisiaj!

Czekamy na zgłoszenia od Państwa, dotyczące wykładów, których cykl zaplanowaliśmy specjalnie dla naszych Czytelników. Każdy z wykładów zostanie wygłoszony w 5 miejscowościach.

 Dalej »




Zapraszamy na nową stronę internetową Echa Katolickiego

www.echokatolickie.pl

Wydania od 1 stycznia 2008 r.

 

nowe wyszukiwanie


Hotel bez klamek (39/2006)
     Bartosz Szumowski

Czwórka młodych aktorów i ich przyjaciele bawili się na scenie tak samo dobrze, co widownia.

Hotelowy bar. Z ciemności dobiegają głosy kilkorga ludzi, snujących monologi o tym, że od 23 dni są w obcym mieście gdzieś w Europie Środkowej.

Potem, gdy bar zaleje światło, zobaczymy kelnerkę (Katarzyna Jarmoszewicz), wystawiającą rachunek... na oko. Dosłownie. Później dyrektor hotelu (Mirosław Łukasiewicz) rozpozna w karaluchu własną mamusię, a klient (Maciej Turkowski) wymieni (też dosłownie) w kantorze poglądy na temat swojego szwagra. Będzie jeszcze jak najbardziej publiczna toaleta, w której udany „występ” nagradza się kwiatami. Będzie synek (Paweł Jarmoszewicz), strofujący rodziców, że jeszcze się nie rozwiedli, a on chce mieć - jak większość jego rówieśników - 2 domy, 2 tatusiów i 3 babcie. Będzie gość (Paweł Skolimowski), któremu obsługa doradza podtarcie się liściem z pobliskiego drzewa - ale dopiero jesienią. Będzie też pacjent (Krzysztof Żabka), po tym, jak nawiercono mu w głowie kilka otworów, przekonujący, że: „świrowanie to przede wszystkim wynik zbiorowego wysiłku”.
No i piosenki. Choćby „Pani Pasztetowa” z repertuaru Kasi Nosowskiej, gdzie kelnerka wykrzykuje szaleńcze: „Łapy precz, nie dzielę się jedzeniem”.

Albo „Młynek Kawowy” - ekscentryczna ballada o miłości, zaśpiewana przy barze w stylistyce Leonarda Cohena (M. Turkowski). Czy też obłąkany „Wirnik” Lecha Janerki (M. Żabka w... kaftanie). I songi Grzegorza Ciechowskiego, ubierające miłość w kosmiczny kostium – „Raz na milion lat” oraz „Grawitacja”.

Tyle było widać i słychać na scenie siedleckiego Centrum Kultury i Sztuki 21 września, podczas premiery spektaklu „Psychotelapia” w ramach Sceny Open Teatru „ES”. Uważniejsza część publiczności wyczuła jeszcze unoszący się nad całością duch Rolanda Topora – francuskiego mistrza czarnego humoru, zwanego czasem humorem panicznym. Ale nie tylko. Była też scena z „Dziewczyn do wzięcia” Andrzeja Kondratiuka, zagrana brawurowo przez K. Jarmoszewicz i Milenę Madziar w stylu teatru cieni (!).

„Psychotelapia” to dzieło zbiorowe czwórki młodych aktorów, ukrywających się za pseudonimem Emma Gabbler. Kasia, Milena, Paweł i Krzysiek pracowali nad nią 3 miesiące. – Dlaczego wzięliśmy się za ten projekt? Bo mamy ochotę, czas i energię – mówi M. Madziar. Najpierw była muzyka. Potem dorzucili do tego fascynację P. Skolmowskiego Toporem. – Opracowywanie scenariusza trwało dłużej niż próby na scenie – zdradza K. Żabka. – Jesteśmy 4 różnymi charakterami, bywało ciężko – potwierdza z uśmiechem Milena.

Do tego wykraczającego poza Teatr „ES” projektu ściągnęli przyjaciół, często niezwiązanych wcześniej z grupą Andrzeja Meżeryckiego. Jest więc nastoletni brat Kasi. Jest grafik Jacek Brzycki, całkiem przekonywający jako zblazowany milioner, żalący się w barze, że media interesują głodujący w Bangladeszu, a nie jego co najmniej w równym stopniu poszkodowana... wątroba. Oraz piłkarz Łukasz Firus – powściągliwy barman, ze stoickim spokojem serwujący trunki. Podobnie z muzykami. Stałą Orkiestrę Teatru „ES” zastąpili tym razem członkowie siedleckich kapel, głównie tych – co wyraźnie słychać w aranżacjach – grających ostre gatunki. Nie zabrakło też jednak na przykład saksofonisty albo didżejki Olgi Pliszki. Jej skrecze usłyszeć zresztą można było nie tylko w piosenkach, ale również jako efekty dźwiękowe, choćby podczas „strojenia” skłóconego małżeństwa przez M. Turkowskiego. – Ktoś znał kogoś, i tak znajdowaliśmy obsadę do scen albo instrumentalistów – opowiada krótko Katarzyna Jarmoszewicz. A Paweł Skolimowski uzupełnia: - Nasze przedstawienie jest dużym zbiorowym wysiłkiem. Zaufali nam, bo to po prostu dobre teksty.

Kompozycyjnie najbliżej „Psychotelapii” do stypendialnego programu M. Madziar „Wrażliwiec”, wystawionego pod koniec ubiegłego roku. To także składanka scen i piosenek różnych twórców, do której wciągnięto znajomych aktorów czy muzyków. Oraz okazja do co najmniej kilku pokazów artystycznego kunsztu – jak monolog Mileny, wcielającej się w szaloną aktorkę, odgrywającą przed reżyserem skróconą wersję filmowego romansu. Spektakl Emmy Gabler jest jednak bardziej zwarty. Opowieść o zwariowanym hotelu układa się w inteligentną, choć niezbyt optymistyczną całość. Mimo to czwórka scenarzystów-reżyserów niechętnie odpowiada na pytania o przesłanie „Psychotelapii”. – Myślę, że każdy wyniesie z tego spektaklu coś innego – stwierdza dyplomatycznie Milena Madziar.

Nie sposób też uniknąć porównań z właściwym Teatrem „Es”. A. Meżerycki dał odpowiedzialnemu za przedstawienie kwartetowi wolną rękę – i scenę. Pozostał przy tym, podobnie jak w przypadku wystawionego w marcu „Kopciucha”, kierownikiem artystycznym (lub inaczej: producentem). „Psychotelapia” nosi więc piętno „musicali poetyckich” w rodzaju „Bezstronnego spisu okoliczności”, ale idzie dalej. Dokąd? Na pewno jest bardziej młodzieńcza, poszukująca i eksperymentująca. No i – także po młodzieńczemu – odważna, choćby w scenie przyjmowania zapisów na... orgię. – Nie chcieliśmy być konkurencją dla Andrzeja Meżeryckiego – deklaruje K. Jarmoszewicz. – Mamy zaufanie do niego, a on do nas – dorzuca P. Skolimowski.

Podczas premiery „Psychotelapii” sala widowiskowa CKiS pękała w szwach. Kilkadziesiąt osób stało pod ścianami, a drugie tyle zajęło jedyne wolne miejsca – na schodach. Widzowie reagowali niezwykle żywo i entuzjastycznie. Rzęsistymi brawami nagrodzili nie tylko cały spektakl, ale też poszczególne sceny. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to prostu dobra komedia. Ja byłem wśród tych, którzy klaskali z powodu inteligentnego humoru i robiącego wrażenie aktorstwa, ale jestem przekonany, że Emma Gabler zadowoliła kilka innych grup widzów. – Wierzyłem, że przyjdą ludzie, ale nie widziałem jeszcze w Siedlcach takiej widowni – wyznaje z zachwytem Paweł Skolimowski. – Daliśmy im energię – ocenia Milena Madziar. – Emocje – kończy bez ceregieli Katarzyna Jarmoszewicz.




 
Podlaskie Echo Katolickie, 2004